Przypomnienie o matrix’ie

2019-06-17 07:01

 

Gdyby tak, na przykład, człowiekowi zależało na swojej nieskazitelności – to nikt z nas, osiągając choćby pełnoletniość – nie uchowałby się kryształowo czysty. Każdy bowiem plami swoją „kartotekę” koleżeńską, międzypłciową, uczniowską, policyjną, itd., itp. – swoimi grzeszkami drobnymi i całkiem śmiertelnymi.

Na dobra sprawę nie wiemy, od której chwili nasze rozmaite niecnoty przestają być po prostu wybrykami i stają się „wytykami” na biografii, ciążącymi na szansach życiowych.

Nie, nie mówię o jakimś nadzwyczajnym mechanizmie inwigilacji. Śmieszą mnie „kartoteki” albo „teczki”, gromadzone przez wszelkie wyobrażalne inwigilatornie, np. orientalne, francuskie, brytyjskie, carskie, amerykańskie. Zawierają one tyle informacji – że są bezużyteczne bez „nakładek” o znaczeniu politycznym, czyli segregujących wszystko i wszystkich wedle jakiegoś zamysłu.

O tych „nakładkach” chwilę…

Kiedyś, ze 40 lat temu, zamieściłem w swoich notatkach swoje wyobrażenie o organizacji typu sieć-struktura-system, mającej trzy wskaźniki sekretności:

  1. Przynależność: skrajna sekretność polega na tym, że sam zainteresowany nie zdaje sobie do końca sprawy ze swojej przynależności, choć wikła się w rozmaite ślubowania, zastrzeżenia, odpowiedzialności;
  2. Miejsce w hierarchii: skrajna sekretność może doprowadzić do stanu takiego, że zainteresowany jest na samym szczycie organizacji, ale może to stwierdzić wyłącznie „ktoś z zewnątrz”, takiego zaś nie ma;
  3. Cele i działania: nawet „przynależni i ważni” nie znają celu, dla którego są razem, kierują się intuicją co do celu i konkretnych zadań, można powiedzieć, że odczytują subtelne znaki i „testują” się w tej intuicji;

Znane i opisywane rozmaite przypadki „matryc niedoskonałych”, takich jak służby specjalne, mafie, zakony religijne – nie są doskonałe właśnie dlatego, że są znane i opisywane.

Przychodzi mi na myśl komedia filmowa „nieoczekiwana zamiana miejsc” (Trading places). Dwaj niczego nieświadomi ludzie, na skutek szelmowskiego zakładu dwóch dziwaków mających „moc sprawczą”, poddani zostają eksperymentowi społecznemu, w wyniku którego czarnoskóry drobny oszuścik zajmuje miejsce białego, dobrze rokującego korpo-ludzika, ten zaś traci wszystko i ląduje na dnie. Przydarzają im się rzeczy niepojęte – chyba że wiemy, iż to wszystko jest jakimś diabolicznym planem dziwaków.

Dam sobie uciąć, że „mój osobisty” koncept „matrycy” jest starszy niż wspomniany film z roku 1983. Chłonąłem wtedy rozmaite lektury wskazujące na naszą „małość” wobec przemożnych procesów i takichż „spisków”: na przykład „globalna wioska” z książki „The Gutenberg Galaxy” H.M. MacLuhana, z roku 1962. Byłem zresztą pasjonatem rozwiązań cybernetycznych (w tym cybernetyki społecznej).

Rozumiałem już wtedy, że są sprawy, które tym bardziej nie ujrzą światła dziennego i nie zostaną opisane – im bardziej są rzeczywiste. W które główni aktorzy są WIKŁANI, poniekąd bezwolnie, a dwoje uwikłanie „przekazują dalej”, szerzą, proliferują.

I kiedy potem szukamy „winnych” – to okazuje się, że tylko jakieś dodatkowe kryterium (np. ustawa lustracyjna) jest w stanie uporządkować ten galimatias, oczywiście z nieuchronnymi „pomyłkami”, np. sądowymi, administracyjnymi, wojskowymi, policyjnymi.

Chyba już wtedy zafiksowałem się na poglądzie, że Państwo jako fenomen (urzędy, służby, organy, legislatura) wyczerpało swoja dziejowa misję, swoje możliwości skutecznego zarządzania dowolnym Krajem i Ludnością. Anarchizm? Nie plećcie.

Więc jeśli stawiam na rozproszone Państwa Równoległe, czyli samorządy-samorządów, na wzór helleńskich symmachii-polis czy bliższej nam doświadczeniem Rzeszy – to chodzi mi o wyjałowienie gruntu pod Matryce, które kwitną na „mega-skali”, a w nano-skalach nie mają dość pożywienia.

Tyle na razie